W wy­da­nym w 1843 r. „Dwo­rze wiej­skim” Ka­ro­li­na Na­kwa­ska zży­ma się na zwy­czaj trzy­ma­nia psów w do­mu: „Upo­do­ba­nie trzy­ma­nia psów w po­ko­jach nie jest do­brem, tam oso­bli­wie, gdzie są dzie­ci. Ileż przy­pad­ków uką­sze­nia, w sta­nie wście­kli­zny! a do te­go, ja­ki cię­żar dla słu­żą­cych i ile nie­czy­sto­ści! Zda­je mi się, iż Bóg stwo­rzył psa, aby był stró­żem, słu­gą, obroń­cą Pa­na; lecz nie dał mu go za to­wa­rzy­sza spo­łecz­ne­go. Pies przy sto­le nie tyl­ko nu­dzi i nie­po­koi obec­nych, lecz i obrzy­dze­nie spra­wia. Trzy­ma­nie licz­nych psiar­ni, jak się to w licz­nych dwo­rach wi­du­je, jest praw­dzi­wie kosz­tow­nem. Ileż ra­zy odej­dzie ubo­gi bez po­mo­cy tam, gdzie smy­cze w zbyt­ku cho­wa­ne!” Ży­we obu­rze­nie Na­kwa­skiej ka­że nam się do­my­ślać, że kry­ty­ko­wa­ne przez nią oby­cza­je by­ły ra­czej re­gu­łą niż wy­jąt­kiem.

Zygmunt i Maria Olszowscy z córką JaninąZygmunt i Maria Olszowscy z córką Janiną
Zygmunt i Maria Olszowscy z córką Janiną i pointerem, rok 1900 (fot. ze zbioru Andrzeja Rogóyskiego)
Psiar­nia prze­zna­czo­na dla my­śliw­skiej sfo­ry, na któ­rą tak po­mstu­je Na­kwa­ska, by­ła odręb­nym bu­dyn­kiem z wła­snym wy­bie­giem, oto­czo­nym szczel­nym i wy­so­kim par­ka­nem. Po­dło­gę psiar­ni ra­dzo­no wy­ło­żyć ka­mie­niem i ce­głą tak, by ob­ni­ża­ła się stop­nio­wo ku bie­gną­ce­mu środ­kiem ka­na­ło­wi, słu­żą­ce­mu do od­pro­wa­dze­nia nie­czy­sto­ści, dzię­ki cze­mu moż­na by­ło ła­two spłu­ki­wać ją wo­dą. Psie po­sła­nia umiesz­cza­no na drew­nia­nych ła­wach wy­kła­da­nych sło­mą, za­wie­szo­nych ja­kieś 15 cm nad zie­mią, co chro­ni­ło zwie­rzę­ta przed wil­go­cią. Po­miesz­cze­nia prze­zna­czo­ne dla psów ho­dow­la­nych (bo też nie­któ­re ma­jąt­ki ziem­skie spe­cja­li­zo­wa­ły się w ho­dow­li psów – naj­czę­ściej my­śliw­skich – okre­ślo­nej ra­sy: foks­te­rie­rów, po­in­te­rów czy sprin­ger spa­nie­li) mu­sia­ły speł­niać bar­dziej wy­śru­bo­wa­ne wy­ma­ga­nia – ko­niecz­ne na przy­kład by­ło ich ogrze­wa­nie w sil­ne mro­zy, tak by tem­pe­ra­tu­ra we­wnątrz nie spa­da­ła po­ni­żej 5 stop­ni Réau­mu­ra (czy­li ok. 6 stop­ni Cel­sju­sza). Tam, gdzie za­do­wa­la­no się jed­nym, wier­nym wy­żłem, pies my­śliw­ski czę­sto sy­piał w tym sa­mym po­ko­ju, co wła­ści­ciel, tam też do­sta­wał z rę­ki swe­go pa­na je­dze­nie i pod­da­wa­ny był wstęp­nej tre­su­rze, z chwi­lą roz­po­czę­cia któ­rej Wło­dzi­mierz Kor­sak ra­dził my­śli­we­mu nie roz­sta­wać się pod­opiecz­nym ani na mi­nu­tę. Nic dziw­ne­go, że zie­mia­nie moc­no zży­wa­li się ze swy­mi psa­mi, któ­re to­wa­rzy­szy­ły im na każ­dym nie­mal kro­ku i z któ­ry­mi spę­dza­li rzad­kie go­dzi­ny wy­tchnie­nia od go­spo­dar­skich obo­wiąz­ków, peł­ne eks­cy­tu­ją­cych wra­żeń i na dłu­go po­zo­sta­ją­ce w pa­mię­ci. Śmierć uko­cha­ne­go kom­pa­na po­lo­wań opła­ki­wa­no nie­raz jak stra­tę człon­ka ro­dzi­ny, by­li na­wet i ta­cy, któ­rzy – jak dzie­dzic La­so­cho­wa, An­to­ni Gra­bow­ski – sta­wia­li szcze­gól­nie za­słu­żo­nym i od­da­nym przy­ja­cio­łom na­grob­ki. Ta­ki trzy­ma­ny w do­mu, sta­le bę­dą­cy w po­bli­żu swe­go opie­ku­na pies ży­wio­ny był zwy­kle od­pad­ka­mi z pań­skie­go sto­łu (choć au­to­rzy po­rad­ni­ków ra­dzi­li uni­kać przy­praw i so­li). Po­dob­nie kar­mio­no roz­piesz­cza­ne pie­ski po­ko­jo­we, któ­rym jed­nak czę­ściej tra­fia­ły się tak­że róż­ne ła­ko­cie jak ciast­ka czy cze­ko­la­da. Psy my­śliw­skie i po­dwó­rzo­we ja­da­ły skrom­niej: za­le­ca­ną w XIX w. dla nich kar­mą by­ła osyp­ka owsia­na za­pa­rzo­na wrząt­kiem i wy­mie­sza­na z ku­chen­ny­mi po­my­ja­mi i wy­wa­rem z nóg ba­ra­nich. W dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym wska­zów­ki do­ty­czą­ce ży­wie­nia psów by­ły już bar­dziej szcze­gó­ło­we, ob­fi­tu­jąc w roz­róż­nie­nia po­szcze­gól­nych skład­ni­ków pa­szy (jak biał­ka, tłusz­cze, so­le mi­ne­ral­ne, wi­ta­mi­ny itp.) i opi­sy ich wpły­wu na kon­dy­cję zwie­rzę­cia. Za­sad­ność udzie­la­nych rad po­twier­dza­ły te­raz już nie do­świad­cze­nia au­to­ra po­rad­ni­ka, lecz ba­da­nia na­uko­we. I tak nor­ma dzien­na dla wy­żła we­dług Try­bul­skie­go (za Me­gu­inem) to 750 gr chle­ba, 300-350 gr mię­sa oraz 200 gr ka­szy (ry­żu) i ja­rzyn.

Nagrobek psaNagrobek psa
Nagrobek ulubionego psa myśliwskiego Antoniego Grabowskiego, postawiony w lasochowskim parku nieopodal dworu

O po­pu­lar­no­ści da­nej ra­sy de­cy­do­wa­ła nie tyl­ko mo­da, lecz – przede wszyst­kim – wa­lo­ry użyt­ko­we. Przy­kładowo w II poł. XIX w. w ma­jąt­kach zie­miań­skich co­raz rza­dziej spo­ty­ka się niezwy­kle wcze­śniej roz­po­wszech­nio­ne w szla­chec­kich obej­ściach pol­skie char­ty czy oga­ry (co też do­pro­wa­dzi­ło ko­niec koń­ców do nie­mal cał­ko­wi­te­go za­ni­ku obu ras, z tru­dem od­two­rzo­nych w la­tach po­wo­jen­nych). Spa­dek po­pu­lar­no­ści obu ty­pów psów my­śliw­skich wy­tłu­ma­czyć moż­na tak prze­mia­na­mi go­spo­dar­czy­mi, zwią­za­ny­mi z uwłasz­cze­niem chło­pów, któ­re wy­mu­sza­ją na dwo­rach nie­raz da­le­ko idą­ce oszczęd­no­ści, jak i roz­po­wszech­nie­niem się udo­sko­na­lo­nej bro­ni pal­nej, co po­cią­gnę­ło za so­bą zmia­ny w sty­lu ło­wów. W re­zul­ta­cie tak char­ty, wi­do­wi­sko­wo ści­ga­ją­ce zdo­bycz, jak i sfo­ry psów goń­czych, peł­nią­ce ro­lę na­gan­ki, sta­ją się za­ra­zem ma­ło przy­dat­ne i zbyt kosz­tow­ne w utrzy­ma­niu. Wy­dat­ki na psiar­nie wzro­sły jesz­cze po wpro­wa­dze­niu na zie­miach Kró­le­stwa Pol­skie­go po­dat­ku od char­tów i oga­rów, ma­ją­ce­go na ce­lu ogra­ni­cze­nie ak­tyw­no­ści ło­wiec­kiej szlach­ty, któ­rej efek­tem był stop­niowy spa­dek po­gło­wia dzi­kich zwie­rząt. Że de­cy­zja ta nie by­ła bez­za­sad­na, niech świad­czy kry­tycz­ny głos Wła­dy­sła­wa Gnie­wo­sza, au­to­ra „Słów­ka o my­śli­stwie”, któ­ry nie szczę­dzi ostrych słów pod ad­re­sem obu wy­mie­nio­nych ras, do­wo­dząc, że psy te, zbie­gł­szy w cza­sie po­lo­wa­nia wła­ści­cielowi, po­tra­fią wy­rzą­dzić znacz­ne szko­dy, pło­sząc i trze­biąc zwie­rzy­nę.

Miej­sce ro­dzi­mych oga­rów w wie­lu ma­jąt­kach zaj­mu­ją z cza­sem an­giel­skie ra­sy psów goń­czych – ła­cia­te fo­xho­un­dy i har­rie­ry – nie­za­stą­pio­ne w mod­nych po­lo­wa­niach par for­ce. Po­zor­na to sprzecz­ność, trze­ba bo­wiem uwzględ­nić, że zdą­żył zmie­nić się spo­sób i cel po­lo­wa­nia, gdyż, jak za­uwa­ża Re­wień­ski, „gro­nu my­śli­wych, pę­dzą­cych na dziel­nych ko­niach za psa­mi, nie cho­dzi wca­le o com­ber za­ją­ca na roż­nie, bo zgo­nio­ny za­jąc w jed­nej chwi­li zo­sta­je przez psy roz­szar­pa­ny, ale tyl­ko o wy­ka­za­nie dziel­no­ści ko­ni”.
Polowanie z wyżłemPolowanie z wyżłem
Prezydent RP Ignacy Mościcki na stanowisku w towarzystwie łowczego i wyżła (fot. z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego)
Ty­pem psów, któ­ry w XIX w. zdo­by­wa ogrom­ną po­pu­lar­ność, jest wy­żeł, zwa­ny tak­że le­gaw­cem, „po­nie­waż – ob­ja­śnia Re­wień­ski – skra­da­jąc się ostroż­nie do lot­nej zwie­rzy­ny, przy­le­ga przed nią, jak­by sta­ra­jąc się ukryć i nie spło­szyć jej przed­wcze­śnie”. Wy­sta­wia­nie zwie­rzy­ny w ten nie­wi­dy­wa­ny już dziś spo­sób by­ło istot­ne w epo­ce, kie­dy na drob­ne ptac­two (ku­ro­pa­twy, prze­piór­ki, du­bel­ty, kszy­ki) po­lo­wa­no pod­kra­da­jąc się nie­po­strze­że­nie i za­rzu­ca­jąc nań z gó­ry sie­ci. Uży­wa­no też wy­żłów w daw­nych po­lo­wa­niach z so­ko­ła­mi, gdzie za­da­niem psa by­ło wy­pło­sze­nie pta­ka, sta­no­wią­ce­go cel ata­ku so­ko­ła. Wy­żeł ja­ko typ psa my­śliw­skie­go ist­niał za­tem przed XIX w., ale, cy­tu­jąc Re­wień­skiego, „na­brał wiel­kie­go zna­cze­nia w my­śliw­stwie, do­pie­ro w bie­żą­cem stu­le­ciu, gdy do­syć już udo­sko­na­lo­na broń pal­na, cho­ciaż jesz­cze skał­ko­wa, da­ła się użyć i w ło­wiec­twie.” Od te­go mo­men­tu za­da­niem to­wa­rzy­szą­ce­go my­śli­we­mu wy­żła jest wy­sta­wie­nie zwie­rzy­ny, na da­ny znak wy­pło­sze­nie jej, a na­stęp­nie przy­nie­sie­nie ubi­tej strza­łem sztu­ki. W ty­po­wo an­giel­skich po­lo­wa­niach z po­in­te­ra­mi pies nie apor­to­wał pta­ka, lecz od ra­zu ru­szał szu­kać ko­lej­nych, ukry­tych w za­ro­ślach ku­ro­patw. Za­da­nie od­naj­dy­wa­nia i od­no­sze­nia my­śliw­skich tro­fe­ów przy­pa­da­ło w udzia­le re­trie­ve­rom, któ­re na zie­miach pol­skich by­ły jed­nak nie­licz­ne, tak jak sto­sun­ko­wo rzad­ko spo­ty­ka­ne by­ły in­ne, wy­so­ko wy­spe­cja­li­zo­wa­ne an­giel­skie ra­sy psów my­śliw­skich jak choć­by se­te­ry (uży­wa­ne po­dob­nie do po­in­te­rów w po­lo­wa­niach na ku­ro­pa­twy, ale na podmo­kłym te­re­nie) czy spa­nie­le (z któ­rymi wy­pra­wia­no się na be­ka­sy czy kacz­ki), Po­la­cy pre­fe­ro­wa­li bo­wiem bar­dziej wszech­stron­ne wy­żły. I wy­so­ko je ce­ni­li. Pi­sał w swo­im dzieł­ku po­świę­co­nym my­śli­stwu Ku­row­ski: „Do­brym strzel­cem mo­że być tyl­ko ten, kto ma wzrok do­bry, wy­trwa­łe no­gi, strzel­bę do­brą, a mia­no­wi­cie do­bre­go wy­żła, bo od [tego] ostat­nie­go wszyst­ko za­le­ży”. Kor­sak nie­omal sta­wia wy­żła na pie­de­sta­le, twier­dząc, że jest to „najbar­dziej roz­wi­nię­ta psia ra­sa, o głę­bo­kiej in­te­li­gen­cji, gra­nic któ­rej zba­dać nie je­ste­śmy w moż­no­ści”. Wtó­ru­jąc mu, tak kry­tycz­ny w sto­sun­ku do oga­rów i char­tów Gnie­wosz okre­śla wy­żła mia­nem „naj­szla­chet­niej­sze­go z psów”, pod tym jed­nak wa­run­kiem, że jest do­brze wy­szko­lo­ny i pra­wi­dło­wo użyt­ko­wa­ny. Bo też jed­ną spra­wą by­ło uzy­ska­nie obie­cu­ją­ce­go mio­tu lub kup­no do­brze za­po­wia­da­ją­ce­go się psa okre­ślo­nej ra­sy, dru­gą zaś – je­go tre­su­ra. Nie by­ła to spra­wa ła­twa, gdyż od­po­wied­nie uło­że­nie mło­de­go psa jest pra­cą mo­zol­ną, na któ­rą wiecz­nie za­ję­ty swym go­spo­dar­stwem zie­mia­nin po pro­stu nie chciał mar­no­wać cza­su. Stąd, jak pi­sał z nie­za­do­wo­le­niem Re­wień­ski, „[n]a stu ta­kich któ­rzy­by te­go pró­bo­wa­li, siedm­dzie­się­ciu pię­ciu psa ze­psu­je na nic, a resz­ta znie­chę­ci się do psa i do po­lo­wa­nia. Po­zo­sta­ją ukła­da­ją­cy psy z rze­mio­sła; ta­kich al­bo nie po­sia­da­my wca­le, al­bo zu­peł­nie nie­od­po­wia­da­ją­cych za­da­niu; są to zwy­kle ga­jo­wi, t. zw. strzel­cy, lu­dzie o bar­dzo nie­do­sta­tecz­nym wy­kształ­ce­niu umy­sło­wem, nie po­sia­da­ją­cy in­nych wia­do­mo­ści nad bez­myśl­ną ru­ty­nę, wie­rzą­cy nie­za­ch­wia­nie we wszech­po­tę­gę ba­ta i kol­cza­tych ko­ra­li,” krót­ko mó­wiąc lu­dzie, któ­rzy nie tyl­ko nie speł­nią pokłada­nych w nich na­dziei, ale cał­kiem zmar­nu­ją tak obie­cu­ją­ce i nie­raz na­by­te za du­że pie­nią­dze zwie­rzę. „Po­ło­że­nie za­iste smut­ne i śmiesz­ne za­ra­zem – ko­men­to­wał Re­wień­ski; – po­lo­wać z wy­żłem chce­my, wy­żły po­sia­da­my, ale uło­żyć ich nie umie­my i cza­su na to nam brak­nie; po­wie­rzyć zaś ukła­da­nia nie ma­my ko­mu.” Pa­to­wa ta sy­tu­acja nie­wie­le się zmie­ni­ła na prze­strze­ni lat, bo, jak wspo­mi­na Je­rzy Jerz­ma­now­ski, aż do II woj­ny świa­to­wej w Kiel­cach nie by­ło za­wo­do­we­go tre­se­ra psów my­śliw­skich i ama­to­rzy po­lo­wań mu­sie­li ukła­dać swe wy­żły czy no­row­ce we wła­snym za­kre­sie. Naj­więk­si ory­gi­na­ło­wie sto­so­wa­li przy tym nie­ty­po­we me­to­dy – przy­kła­do­wo Ser­giusz Nie­mo­jew­ski miał tre­no­wać swo­je dzi­ka­rze w oto­czo­nym pa­li­sa­dą okól­ni­ku, do środ­ka któ­rego wpierw wpusz­cza­ny był dzik, a na­stęp­nie w to­wa­rzy­stwie swych psów „wkra­czał [sam] Nie­mo­jew­ski z na­ga­nem w jed­nej i kor­de­la­sem w dru­giej rę­ce”. Choć ca­łość szko­le­nia ubez­pie­czał Czer­kies czu­wa­ją­cy z strzel­bą na ogro­dze­niu, by­ła to pro­ce­du­ra niezwy­kle ry­zy­kow­na, nie­raz koń­czą­ca się oka­le­cze­niem, a na­wet śmier­cią psów, a i sam Nie­mo­jew­ski swej de­zyn­wol­tu­ry raz omal nie przy­pła­cił zdro­wiem, a kto wie czy nie ży­ciem. Po tym wy­pad­ku pan na Po­dzam­czu zre­zy­gno­wał z tych wpraw­dzie przy­no­szą­cych mu sła­wę, ale jed­nak skraj­nie nie­bez­piecz­nych po­pi­sów.

Zabawa z psemZabawa z psem
Pianista Z. Przeorski bawi się z psem przed dworem Józefa Mehoffera w Jankówce, lata 30. (fot. z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego)
W su­kurs nie mo­gą­cym sko­rzy­stać z po­mo­cy spe­cja­li­stów my­śli­wym szły róż­no­rod­ne po­rad­ni­ki, udzie­la­ją­ce wska­zó­wek jak uło­żyć char­ta, no­row­ca czy „wy­żła do­wod­ne­go”. Obok tych ksią­żek po­ja­wia­ją się i in­ne, trak­tu­ją­ce ogól­nie o opie­ce i tre­su­rze psów, w któ­rych oprócz opi­su na­uki pod­sta­wo­wych ko­mend jak sia­da­nie, wa­ro­wa­nie czy apor­to­wa­nie, moż­na zna­leźć ra­dy jak na­uczyć pu­pi­la ska­ka­nia przez la­skę czy obręcz, ki­cha­nia na roz­kaz bądź „li­cze­nia”. „Wszyst­kie te sztucz­ki są na oko za­baw­ka­mi bez war­to­ści prak­tycz­nej” ko­men­to­wał Ernst von Ot­to, w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak oka­zu­ją się one nad wy­raz przy­dat­ne, za­cie­śnia­jąc więź mię­dzy wła­ści­cie­lem a je­go psem, któ­ry „ro­zu­mie do­kład­nie głos, ton, na­wet każ­dy ruch swe­go pa­na, o czem nie­słusz­nie się mó­wi, że ro­zu­mie każ­de na­sze sło­wo.” O ile jed­nak w książ­kach po­świę­co­nych ujeż­dża­niu ko­ni jak man­tra po­wta­rza się te­za o pa­mię­tli­wo­ści ko­ni i ko­nieczności ła­god­ne­go ob­cho­dze­nia się z ni­mi, przy tre­su­rze psów w ra­zie nie­sub­or­dy­na­cji za­le­ca­ne są ka­ry fi­zycz­ne: po­trzą­śnię­cie kr­nąbr­nym de­li­kwen­tem czy ude­rze­nie ba­tem (nie wol­no jed­nak dać unieść się gnie­wem – kop­nię­cie psa czy wy­tar­ga­nie go za uszy przy­no­si uj­mę wła­ści­cie­lo­wi, któ­ry nie umie­jąc za­pa­no­wać nad so­bą, ule­ga ni­skim i god­nym po­tę­pie­nia po­pę­dom). Na­le­ża­ło przy tym prze­strze­gać kil­ku pod­sta­wo­wych za­sad, a mia­no­wi­cie „w udzie­la­niu na­gród, to jest piesz­czot i przy­sma­ków [pod tym ostatnim terminem kryje się u Rewieńskiego kawałek bułki lub chleba] być oszczęd­nym, w wy­mie­rza­niu ka­ry na­der oględ­nym, ale za­wsze po­sta­wić na swo­jem i nie pu­ścić pła­zem żad­ne­go nie­po­słu­szeń­stwa.”

W ma­jąt­kach zie­miań­skich prócz my­śliw­skich psów ra­so­wych trzy­ma­no tak­że uży­tecz­ne mie­szań­ce czy to w cha­rak­te­rze po­dwó­rzo­wych stró­żów, czy psów pa­ster­skich (trze­ba bo­wiem pa­mię­tać, że jesz­cze w dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wojen­nym po­wszech­nie ho­do­wa­no, tak­że i na kie­lec­czyź­nie, owce). W tym ostat­nim wy­pad­ku za­le­ca­no psy „ko­lo­ru bia­łe­go, z gło­wą ma­łą, spi­cza­stą”, wy­star­cza­ją­co du­że i sil­ne, by mo­gły „oprzeć się wil­ko­wi”, a przy tym po­słusz­ne i ła­god­ne wzglę­dem owiec. Stró­żu­ją­ce bry­ta­ny by­ły z ko­lei, cią­gle cy­tu­jąc Ja­na Si­kor­skie­go, „oka­za­łe, wiel­kie i sil­ne, gło­wę ma­ją gru­bą, war­gi gór­ne ob­wi­słe, oczy czar­ne, iskrzą­ce, uszy krót­kie, wi­szą­ce, włos gład­ki, słuch ostry, po­wo­nie­nie zbyt czu­łe, głos sil­ny, gru­by i do­no­śny”. Po­krój psa stró­żu­ją­cego czy pa­ster­skie­go li­czył się zde­cy­do­wa­nie mniej niż w przy­pad­ku re­pre­zen­ta­cyj­nych psów my­śliw­skich, cho­wa­nych po dwo­rach z na­le­ży­tą aten­cją i dba­ło­ścią o czy­stość ra­sy, sta­no­wią­cą gwa­ran­cję nie tyl­ko przy­dat­no­ści, ale i uro­dy psa (rzecz nie­ma­łej wa­gi pod­czas tak waż­nych dla zie­miań­stwa im­prez to­wa­rzy­skich, ja­ki­mi by­ły po­lo­wa­nia). Try­bul­ski w swo­im „Psie go­spo­dar­skim” wy­chwa­la więc za­le­ty wiej­skich kun­dli, któ­re w opi­nii au­to­ra mo­głyby dać po­czą­tek no­wej ra­sie psa po­dwó­rzo­we­go „bar­dziej uży­tecz­nego niż osła­wio­ne ra­sy psów za­gra­nicz­nych”. Pies go­spo­dar­ski to pies do­brze wy­peł­nia­ją­cy po­ru­czo­ne mu za­da­nia, ra­so­wy czy nie. Je­śli ra­so­wy – to owcza­rek nie­miec­ki, ewen­tu­al­nie sznau­cer, naj­le­piej jed­nak ro­dzi­my owcza­rek pol­ski (pod­ha­lań­ski lub ni­zin­ny). Ow­cza­rek pod­ha­lań­ski był zresz­tą moc­no pro­mo­wa­ny po odzy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści ja­ko ra­sa bez ma­ła „na­ro­do­wa”.

Piesek pokojowyPiesek pokojowy
Piesek Elżbiety de Vaux z Lanckorońskich, ok. 1863 r. (fot. z zasobów portalu polona.pl)
Co oczy­wi­ste, spo­ty­ka­ło się też we dwo­rach pie­ski po­ko­jo­we, głów­nie ulu­bień­ców pań (stąd Re­wień­ski okre­śla ten ro­dzaj nie­wiel­kich psów mia­nem „pie­sków dam­skich”), ale nie­raz i wier­nych to­wa­rzy­szy pa­nów (zwłasz­cza gdy cho­dzi­ło o więk­sze pin­cze­ry, bul­te­rie­ry, dal­ma­tyń­czy­ki czy sły­ną­ce ze swej in­te­li­gen­cji pu­dle). Je­śli jed­nak przy wy­bo­rze psa stró­żu­ją­ce­go bra­no pod uwa­gę głów­nie wa­lo­ry użyt­ko­we, zaś na­by­wa­jąc psa my­śliw­skie­go uwzględ­nia­no po czę­ści tak przy­dat­ność jak i czy­stość ra­sy, a po czę­ści i pa­nu­ją­cą ak­tu­al­nie mo­dę (nie ty­le mo­że na psy, co na styl po­lo­wa­nia), to przy kup­nie pie­ska po­ko­jo­wego mo­da pa­no­wa­ła nie­po­dziel­nie. „Przed dwu­dzie­stu na­przy­kład la­ty – wspo­mi­na w 1893 r. Re­wień­ski – moż­na by­ło wi­dzieć na uli­cach War­sza­wy bar­dzo wie­le pro­wa­dzo­nych pod czu­pracz­ka­mi na spa­cer char­ci­ków (lew­re­tek) [czyli charcików włoskich, przyp. autorka]; dziś zni­kły ono pra­wie zu­peł­nie, a ich miej­sce za­stą­pi­ły spa­słe mop­si­ki.” Ca­va­lier king char­les spa­nie­le (zwa­ne przez Re­wień­skiego wy­żeł­ka­mi an­giel­ski­mi) od­da­ły po­le pin­cze­rom, po­ko­jo­we szpi­ce nie­mal cał­kiem znik­nę­ły z wi­do­ku, za to po­ja­wi­ły się – rzad­kie jesz­cze z uwa­gi na kło­po­tli­wość pie­lę­gna­cji – „ha­li­fax ter­rier­s’y” (czy­li dzi­siej­sze yor­ki), „po­twor­ne dłu­go­ścią swe­go wło­sa”, oraz Skye te­rie­ry. O ile do­bre­go psa my­śliw­skie­go moż­na by­ło na­być w Kró­le­stwie Pol­skim, o ty­le po do­mo­we­go piesz­czo­cha wy­ma­rzo­nej ra­sy na­le­ża­ło się udać za gra­ni­cę: po Ca­va­lier king char­les spa­nie­la – do Ber­li­na lub Frank­fur­tu nad Me­nem, po ja­poń­skie­go chi­na – do Stut­t­gar­tu lub Goh­lis pod Lip­skiem, a po po­ko­jo­wego szpi­ca – do Le­on­ber­gu. Je­dy­nie szcze­nię mop­sa, w koń­ców­ce XIX stu­le­cia bar­dzo już po­pu­lar­ne­go, moż­na by­ło bez więk­szych trud­no­ści za­ku­pić w kra­ju. W dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym ho­do­wa­no w Pol­sce głów­nie pe­kiń­czy­ki, a tak­że bul­doż­ki fran­cu­skie, gry­fo­ni­ki bruk­sel­skie i ra­tler­ki. Z psów my­śliw­skich prym w licz­bie tak wy­sta­wo­wych eg­zem­pla­rzy jak i ho­dow­li wio­dły po­in­te­ry, po­pu­lar­ne by­ły też fokste­rie­ry (głów­nie szorst­ko­wło­se) i wy­żły nie­miec­kie, da­lej se­te­ry an­giel­skie i ir­landz­kie, wresz­cie spa­nie­le (trzy­ma­ne głów­nie ja­ko psy po­ko­jo­we) oraz jam­ni­ki. Z psów obron­nych ho­do­wa­no głów­nie do­gi, bok­se­ry, do­ber­ma­ny i aire­da­le te­rie­ry. W ka­ta­lo­gach wy­staw z 1931 i 1937 r. moż­na zna­leźć tak­że re­pre­zen­tan­tów mniej po­pu­lar­nych owczar­ków al­zac­kich, szkoc­kich i fran­cu­skich, bul­do­gów, te­rie­rów szkoc­kich czy pu­dli. Nie zna­czy to, że in­ne ra­sy by­ły w Pol­sce zu­peł­nie nie­zna­ne – Mau­ry­cy Try­bul­ski w swo­im opra­co­wa­niu „Psy: ra­sy, ho­dow­la, tre­su­ra i le­cze­nie” wy­mie­nia choć­by eg­zo­tycz­ne chow-cho­wy, do­gi ty­be­tań­skie czy pie­ski ha­wań­skie.

Mo­da dyk­to­wa­ła nie tyl­ko wy­bór ra­sy psa, ale i imie­nia. W książ­ce Mai Ło­ziń­skiej moż­na zna­leźć sze­reg nazw tra­dy­cyj­nie nada­wa­nych psom, za­leż­nie od ra­sy, prze­zna­cze­nia czy tem­pe­ra­men­tu. I tak: psy goń­cze (z uwa­gi na ich śpiew­ne, po­rów­ny­wa­ne przez współ­cze­snych do mu­zy­ki, szcze­ka­nie, któ­rym go­ni­ły zwie­rzy­nę) wo­ła­no Do­bosz, Za­graj, Dysz­kant, Kan­tor, Te­nor, Sło­wik, Cym­bał, Ha­łas, Ucich (Re­wień­ski do­da­je: Szum­las, Fa­got, Śpie­waj, Sto­głos); char­ty – Do­skocz, Ca­paj, Ła­paj; a po­dwó­rzo­we kun­dle – Ro­zbój, Za­łeb, Ści­naj, Za­daj, Za­gryz. Su­kom przy­pa­da­ły w udzia­le ła­god­niej brzmią­ce imio­na jak Lut­nia, Lot­ka, Kab­za, Du­da czy Chwyt­ka. Obok tych swoj­sko brzmią­cych nazw już pod ko­niec XIX w., na fa­li ogól­nej an­glo­ma­nii, któ­ra wy­mio­tła imio­na o pro­we­nien­cji fran­cu­skiej (ty­pu Azo­ry, Me­do­ry, Amo­ry), po­pu­lar­ne sta­ły się ta­kie za­wo­ła­nia jak Lord, Rolf, Fox, Czum (od ang. chum), Boy czy Black.

Bibliografia:

Gnie­wosz, W. (1874) Słów­ko o my­śliw­stwie. Brosz. 2, (Nie­co o psach). Bro­dy: Księg. J. Ro­sen­he­ima

Jerz­ma­now­ski, J. (1987) Wśród my­śli­wych przed pół­wie­kiem. War­sza­wa: Czy­tel­nik

Ka­ta­log Do­rocz­ne­go Po­ka­zu Psów Ra­so­wych w War­sza­wie w dn. 8, 9 i 10 ma­ja 1937 r. War­sza­wa : Druk. Ar­ty­stycz­na

Ka­ta­log Wy­sta­wy Psów Ra­so­wych w War­sza­wie w dn. 8, 9 i 10 ma­ja 1931 r. War­sza­wa: Druk. Ar­ty­stycz­na

Kor­sak, W. (1922) Rok my­śli­we­go. Rzecz dla my­śli­wych i mi­ło­śni­ków przy­ro­dy. Po­znań: Książ­ni­ca Na­ro­do­wa M. Nie­mier­kie­wi­cza i Sp. i Wiel­ko­pol­ska Księ­gar­nia Na­kła­do­wa K. Rze­pec­kie­go

Ło­ziń­ska, M. (2010) W zie­miań­skim dwo­rze. Co­dzien­ność, oby­czaj, świę­ta, za­ba­wy. War­sza­wa: PWN

Na­kwa­ska, K. (1843) Dwór wiej­ski. Dzie­ło po­świę­co­ne go­spo­dy­niom pol­skim, przy­dat­ne i oso­bom w mie­ście miesz­ka­ją­cym. Prze­ro­bio­ne z fran­cuz­kie­go pa­ni Aglaë Adan­son z wie­lu do­dat­ka­mi i zu­peł­nem za­sto­so­wa­niem do na­szych oby­czajów i po­trzeb, przez Ka­ro­li­nę z Po­toc­kich Na­kwa­ską, w 3 To­mach. Po­znań: Księ­gar­nia No­wa

Ot­to, E. von (1929) Pies do­mo­wy. Opie­ka, wy­cho­wa­nie i tre­su­ra. War­sza­wa: To­wa­rzy­stwo Wy­daw­ni­cze Rój

Re­wień­ski, S. (1893) Pies, je­go ga­tun­ki, ras­sy, wy­chów, utrzy­ma­nie, użyt­ki, ukła­da­nie, cho­ro­by i ich le­cze­nie. War­sza­wa: Ge­be­th­ner i Wolff

Si­kor­ski, J. (1856) Zie­mia­nin czy­li ła­twy spo­sób po­więk­sze­nia do­cho­dów za po­mo­cą wiej­skiego go­spo­dar­stwa: prak­tycz­ne pod­ręcz­ne dzieł­ko, obej­mu­ją­ce tre­ści­we wia­do­mo­ści o rol­nic­twie, o ho­dow­li wszel­kie­go ro­dza­ju do­mo­wych zwie­rząt, ich cho­ro­bach, le­cze­niu; o psz­czo­łach, etc. etc.; tu­dzież zbiór ma­ło do­tąd zna­nych, lub zu­peł­nie no­wych za­rad­czych w do­mo­wem go­spo­dar­stwie środ­ków. Wil­no: Nakł. au­to­ra. Druk. Jó­ze­fa Za­wadz­kie­go

Try­bul­ski, M. (1928) Psy: ra­sy, ho­dow­la, tre­su­ra i le­cze­nie. War­sza­wa: Księ­gar­nia Rol­ni­cza

Try­bul­ski, M. (1935) Pies ra­so­wy i je­go ho­dow­la w Pol­sce. War­sza­wa: Pol­ski Zwią­zek Ho­dow­ców Psów Ra­so­wych

Try­bul­ski, M. (1937) Pies go­spo­dar­ski. War­sza­wa: Wy­daw­nic­two To­wa­rzy­stwa Oświa­ty Rol­ni­czej – Księg. Rol­ni­cza

 

Projekt, wykonanie, teksty i zdjęcia © Anna Stypuła
Wszystkie prawa zastrzeżone